Po banku porusza się bez hałasu, nie robi wokół siebie szumu, nie lubi tego. Swoich współpracowników dobiera bardzo skrupulatnie i ufa im. Jest w nim wiele pokory, szacunku do rodziny i pracy
Na biurku Jarosława Dąbrowskiego, prezesa zarządu Banku DnB Nord, leży książka pt. „Kobieta, boska tajemnica”, będąca zapisem rozmowy Judyty Syrek i ojca Joachima Badeni.
O kobietach
– W domu i w pracy żyjemy i pracujemy w otoczeniu kobiet. Chciałbym dobrze rozumieć kobiety, z którymi przyszło mi dzielić życie i pracować. To niełatwe. Relacje mężczyzna-kobieta, czy to w pracy, czy w domu, czy wśród przyjaciół są przecież przesycone emocjami – dobrymi, złymi, za każdym razem innymi, za każdym razem trudnymi. One są nieodgadnione, są często tajemnicą dla nas – mężczyzn. Żeby z nimi żyć i pracować warto je rozumieć. Trzeba je rozumieć, żeby nimi zarządzać. A przecież przewodzenie grupie kobiet, czy też grupie, w której są kobiety to nie lada sztuka. Kobiety rzadziej kierują się wyuczonymi zasadami, a częściej intuicją, skądinąd zwykle bardzo trafną. Jeśli mężczyzna szef tego nie rozumie, to może popaść w niezłe tarapaty.
– Czyli chce pan zrozumieć dlaczego kobieta wybucha złością? Co ją motywuje?
– Tak, ale również w jaki sposób je rozwijać, budować komunikację w firmie zatrudniającej kobiety. Takie są banki, szczególnie te skandynawskie.
– Jest pan odporny na łzy?
– W tym zawodzie trzeba być odpornym na wiele łez. To jest tak jak z dowódcą okrętu, generałem dowodzącym wojskiem itd. Nawet jeśli mężczyzna jest charyzmatycznym liderem, etycznym, kochającym ludzi, to gdzieś pojawia się czasem sytuacja, w której trzeba coś poświęcić, by zbudować lub ochronić coś innego, większego, ważniejszego. To brutalne, ale tak jest w życiu, również zawodowym.
– To prezes Dąbrowski, a Jarek Dąbrowski?
– Niekoniecznie, jestem inny. Wychowały mnie kobiety, ponieważ bardzo wcześnie straciłem tatę. Ale dzięki temu nie mam problemów z porozumiewaniem się z kobietami, nie boję się poruszać po ich świecie. Mam kilka kobiecych cech, np. wrażliwość. A czy to pomaga w życiu? I tak, i nie. W domu, w rodzinie na pewno tak, ale w pracy bywa różnie, trzeba uważać. Czasem pomaga. Wrażliwość buduje empatię, empatia buduje inteligencję emocjonalną, która przecież na tym poziomie zarządzania jest kluczem do sukcesu. Bo przecież nie wystarczy tylko wiedza techniczna i umiejętności zarządzania. Potrzebna jest intuicja, empatia organizacyjna, inteligencja emocjonalna, umiejętność komunikowania się. Lubię rozumieć ludzi, z którymi pracuję, lubię wypracować wspólnie decyzję. Daleki jestem od autokraty, który podejmuje decyzje i nie liczy się z tymi, którzy mają je wykonać. Nie lubię wykonywać rozkazów i nie lubię ich wydawać. Nie nadaję się do wojska, nie akceptuję i nie stosuję zasady „ślepych bagnetów”. Chociaż czasami szef musi wziąć jednoosobową odpowiedzialność i przeciąć dyskusję.
O studiach
– Kiedy kończył pan studia, w Polsce się mocno kotłowało. Co pan robił na studiach?
– Rzeczywiście. Studia skończyłem w 1989 roku. A co robiłem? Byłem poszukiwaczem wolności idei, wolności gospodarczej, podróżowałem…
– Czyli jak większość studentów. To banał, a poważnie?
– Zaliczałem egzaminy i szukałem drogi życiowej. Dystrybuowałem nielegalne książki i czasopisma, działałem w studenckim samorządzie, chodziłem na demonstracje i rzucałem kamieniami w ZOMO. Z wzajemnością oczywiście. To cud, że nic się wtedy złego nie wydarzyło. Bardzo intensywnie pracowałem w spółdzielni studenckiej. Umyłem w Warszawie mnóstwo okien. Miałem też inne zlecenia, bardzo ciekawe, np. ktoś szukał czwartego do brydża. Ale szukałem też niezależności finansowej, żeby nie być uzależnionym od stypendium. Nie tylko zarabiałem w spółdzielni studenckiej, inwestowałem to co zarobiłem w przeróżne towary i „eksportowałem” je za granicę.
– Aha, czyli co pan przemycał? Kryształy na Węgry, krem nivea do Bułgarii?
– To jest tajemnica handlowa (śmiech). W ofercie mieliśmy wszystkie podstawowe produkty, ale nie zapomnieliśmy o ciągłym badaniu rynku. Pamiętam, że naszym wielkim sukcesem handlowym było wywiezienie do Bułgarii właśnie w 1987 roku znaczków z nazwami wykonawców i zespołów popowych, typu Madonna, Modern Talking. Zarzuciliśmy tymi znaczkami całą Bułgarię. Nasi koledzy, którzy pojechali kilka miesięcy później i chcieli sprzedać ten sam produkt dali plamę. Rynek był już nasycony. To była wielka szkoła prawdziwej, naturalnej przedsiębiorczości.
– To był tylko handel?
– Pod koniec lat 80. wyjechałem do Londynu. Żyliśmy tam z żoną, pracowałem i pisałem pracę magisterską.
– Gdzie pan pracował?
– Wypiekałem pizzę. Tworzyłem sosy, makarony itd. To była sieciowa restauracja i wcale nie byłem szefem. Nauczyłem się bardzo ciężkiej pracy i otwartości. U mnie w kuchni pracował Nigeryjczyk, chłopcy z Bangladeszu, Iranu, Iraku, Algierii, Egiptu, Belgowie, Hiszpanie itd. To mnie nauczyło tolerancji, otwartości na inne kultury.
– Studiował pan też dziennikarstwo podyplomowo.
– Tak, ale to trochę przypadek, dlatego że armia mnie wezwała do Elbląga. W wojsku byłem pół roku.
– Co można zrobić w wojsku przez pół roku? Przecież nawet maszerować nie można się dobrze nauczyć w takim czasie, nie wspomnę o strzelaniu.
– Uważałem i nadal uważam, że taki jest nasz obywatelski obowiązek w wolnej Polsce. Służyć w armii.
– Jaki związek mają podyplomowe studia z wojskiem?
– Miałem wówczas taką niepisaną umowę z dowódcami, mogłem jeździć na studia podyplomowe do Warszawy. Na dziennikarstwo. Powiedziałem, że skoro nie zrobią ze mnie wielkiego generała Jarosława Dąbrowskiego, nomen omen, bo do tego się nie nadaję, to niech mi chociaż pozwolą się uczyć. I pozwolili. Ale uważam, że wojsko to był raczej stracony czas. Nie nadaję się do wojska, do policji, do więzienia i do służb specjalnych. Nie nadaję się, ponieważ szukam wolności, łamię ograniczenia, nie znoszę skrępowania. A kwintesencją tego jest chęć poznawania świata, drugiego człowieka, jego spojrzenia na świat i zweryfikowania tego poprzez mój system wartości i wiedzę jaką posiadam. Ale także dialogu, wymiany idei, pomysłów, wiedzy. To świetnie rozwija.
O sobie
– To cechy humanisty, a gdzie miejsce dla chłodnego umysłu bankowca?
– Skończyłem prawo na Uniwersytecie Warszawskim, ale nie robiłem aplikacji. Życie tak się ułożyło, że spóźniłem się o tydzień na egzamin aplikancki – będąc na stypendium menedżerskim w Edynburgu. I dobrze się stało, bo moim celem było i pewnie jest zarządzanie. W pewnym sensie jestem humanistą, chyba bardziej humanistą niż prawnikiem. Słowo, człowiek, idea są dla mnie ważniejsze niż liczba, tabelka.
– Jak pan się uchował na takim stanowisku?
– Przekułem to w moją specyficzną „przewagę rynkową” bankowca, np. nie dzielę banków na duże i małe, dobrej jakości i średniej jakości tylko na potrzebne i niepotrzebne, dobre i złe. A potrzebne muszą być dobre w oczach klientów. Te potrzebne zawsze znajdą sobie miejsce na rynku. Tak właśnie jest z naszym bankiem. Nie dość, że znalazł sobie miejsce, to – mimo że jest ciągle niewielki – jest podmiotem konsolidującym, nie konsolidowanym, a to znaczy, że jest potrzebny i wartościowy. Dajemy wartość klientom, pracownikom, rynkowi.
– A nurt filozoficzny? Z czego pan czerpie inspirację?
– Ze stoików. Wbrew pozorom właśnie stoicyzm jest mi najbliższy, choć jest we mnie wiele irracjonalności, energii. Lubię czytać Marka Aureliusza. Lubię film „Gladiator” i tę spowiedź Marka Aureliusza przed śmiercią. Russell Crowe stworzył w tym filmie doskonałą postać najpierw dowódcy legionów, a potem gladiatora Maximusa. Wspaniała jest ta przemiana, upadek, walka, zwycięstwo. Czytając Marka Aureliusza mam wrażenie, że to o czym pisze odbyło się wczoraj. Czytam Senekę, Kartezjusza itd. Dziś jestem blisko chrześcijańskiej myśli filozoficznej. Zaczytuję się w Gruenie, Badenim, Bocheńskim, Wojtyle. Wciąż poszukuję harmonii, racjonalizuję swoje zachowania. Nie stoję w miejscu, nie chcę stać w miejscu. Rozwijam swoje zainteresowania, poszukuję inspiracji.